Chcę tutaj pokazać wszystkim rodzicom, że gotowanie i pieczenie jest fantastyczną nauką przez zabawę. Gotowanie, to świetna zabawa dla dzieci, świetna nauka jak “poruszać” się bez strachu w kuchni. Jest to poniekąd polisa na przyszłość, zdobyta w naturalny i “bezbolesny” sposób. Ja, od najmłodszych lat (właściwie od kiedy pamiętam) towarzyszyłam mojej mamie w kuchni, robiłam z mamą makaron, lepiłam pierogi, ubijałam jajka, “tłukłam” kotlety, obierałam warzywa. Właściwie, to mama pozwalała robić mi wszystko co było związane z gotowaniem (oczywiście w granicach rozsądku i bezpieczeństwa). Mogłam wszystko skosztować i sama przekonać się co jest czym. Acha i zawsze miałam ubrany biały, haftowany fartuszek
. Tak też postępuję z moimi dziećmi – moimi “małymi kucharzami”. Pozwalam im pomagać w kuchni podczas przygotowywania posiłków. Też im pozwalam “tłuc” kotlety, obierać warzywa, kroić je, wałkować ciasto i lepić pierogi, kulać kluski śląskie, robić sałatki, mieszać twarożki, przygotowywać kolorowe kanapki, koreczki, koktajle itd. itp. Jednym słowem pozwalam dzieciom na bardzo wiele w kuchni – jest to dla nich świetna zabawa! Uwielbiają to! Oczywiście, zawsze wszystko kontroluję i czuwam nad ich bzpieczeństwem! Moja obecność podczas tych zabaw jest niezbędna. Rozsypana mąka, czy wylany olej są niską ceną za ich świetną zabawę i przede wszystkim zdobyte umiejętności
. Jak już siadamy przy stole i zajadamy potrawy przygotowane z ich uczestnictwem – rozpiera ich duma no i oczywiście świetnie wszystko smakuje
– a są to czasami te same rzeczy, które sama przygotowuję, bez ich udziału i wówczas kręcą noskami;).
Gratuluję! To prosty schemat – nauczona przez mamę przekazujesz to w naturalny sposob swoim pociehom. Moja mama – jakkolwiek kochana i jedyna – uważała, że sama zrobi najlepiej (najszybciej, najprawidłowiej etc.) Skutek? Nienawidzę gotować – mam 2 dzieci (nastolatki) i obiady mnie porażają. Tym bardziej gratuluję i trzymam kciuki!